Johnny, francuski paradoks

Wieść poraziła Francuzów jak grom z nieba. A potem przez kilka dni od Pirenejów po kanał La Manche krajem wstrząsały spazmy. Pożegnano absolutną ikonę, rodzimego rockmana wszech czasów, Elvisa à la française. W miniony weekend ceremonia żałobna w Paryżu  zgromadziła w okolicach Pól Elizejskich i kościoła La Madelaine mniej więcej milion ludzi.

Odszedł Johnny Hallyday. Dla wszystkich fanów – „Johnny”. We Francji i Belgii czczony jak muzyczny geniusz, poza krajami frankofońskimi – prawie nieznany.  Jak nikt inny zasługiwał na dziwne określenie, które nadaje się we Francji wielkim gwiazdom muzyki i kina: „monstre sacré” – czyli dosłownie „święta bestia” czy „święty potwór”. Francuzi wszystko mu wybaczyli – ekscesy na scenie i poza nią, ciągłe miłosne podboje, ucieczki do rajów podatkowych…

Przyznaję, że ani głos ani sceniczny image Hallydaya nigdy mnie nie pociągały. Estradowe wyczyny Johnny’ego wydają się z dzisiejszej perspektywy bladą kopią koncertów Presleya. A jednak… trudno mi przejść obojętnie wobec tego fenomenu popularności,  fenomenu bardziej może społecznego niż muzycznego. Stąd chciałbym dorzucić swoje trzy grosze – a przynajmniej choćby tylko amerykańskiego centa.

Prezydent Emmanuel Macron, żegnając piosenkarza, zmarłego 5 grudnia, napisał: „mamy wszyscy w sobie coś z Johnny’ego Hallydaya”. I zaraz potem dorzucił w swoim liście: „Wprowadził (Hallyday) część Ameryki do naszego narodowego Panteonu”.

Otóż to… Niebywała popularność francuskiego Elvisa w kraju słynącym z walki z anglosaską hegemonią kulturową? Jak to możliwe, żeby nad Sekwaną wielbiono piosenkarza z jankeskim przydomkiem, w młodości naśladowcę Presleya, wielbiciela harleyów, spędzającego dużą część roku w posiadłości w Los Angeles? A jakby tego było mało – człowieka, który w ostatnich latach został, według dziennika „Les Echos”, rezydentem podatkowym w USA? Sacrebleu!

„Belg o amerykańskim przydomku stał się francuskim pomnikiem” – napisał po jego śmierci „Liberation”. Ten francuski paradoks zasługuje na  poważne socjologiczne studia. Co do mnie,  nie znam w dziejach Francji drugiego rodzimego idola o tak amerykańskim obliczu jak Hallyday. Jego kult  pokazuje, że popkultura zza Oceanu uwodzi już od dekad francuskie masy – cokolwiek o tym mówią paryskie elity.

Jeszcze jedno. Dzień po sobotnim pogrzebie odwiedziłem kościół La Madelaine, gdzie odprawiono ostatnie pożegnanie piosenkarza w obecności trzech prezydentów z towarzyszkami (Macrona, Hollande’a i Sarkozy’ego) i niezliczonych gwiazd show-biznesu. Jeszcze w niedzielę na schodach świątyni składano świeże kwiaty, a w środku płonęły setki świec w hołdzie zmarłemu. A prawie pod każdą świecą – jak łatwo było podejrzeć – leżała karteczka z imieniem Johnny’ego i skierowanym do niego wyznaniem uczuć.

W zlaicyzowanym społeczeństwie, takim jak francuskie, święci mają się całkiem dobrze. Tyle że mało przypominają tych dawniejszych, chrześcijańskich. Nowi wybrańcy niebios rozbijają się harleyami, tatuują się na potęgę, a skromnością na ogół nie grzeszą.

Kult Johnnye’go jest faktem, był „papieżem francuskiego big beatu”, we Francji nazywanego „ye-ye”. Jednak we Francji, jak i w Polsce, nie wszyscy „płakali po papieżu”. Nieopodal bulwaru Voltaire, gdzie mieszka moja przyjaciółka, ujrzałem w tych dniach narodowej żałoby napis na witrynie bistra: „Strefa strzeżona! Tu nie ma piosenek Johnny’ego!”. Na szczęście dla właścicieli przybytku francuskie prawo nie karze za obrazę uczuć (para)religijnych.

Jedna myśl nt. „Johnny, francuski paradoks

  1. Agnieszka Moniak-Azzopard

    Socjologicznie ten pogrzeb byl z pewnoscia bardzo ciekawy i kilku naukowcow pochyli sie pewnie nad tym fenomenem. Czy jednak nazwalabym go „francuskim paradoksem”, ten mariage pomiedzy francuska i amerykanska kultura? Chyba nie do konca. Bo w gruncie rzeczy Johnny byl na wskros francuski nawet w swoich interpretacjach stylu Presley’a. Jego pogrzeb pokazal jednak cos czego mi osobiscie we wspolczesnej Polsce brakuje – ogromny szacunek Francuzow do elit, bo on byl czlonkiem tych elit jak i do symboli.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *