Kowboj Macrona a sprawa polska

Francuskie media żyją od tygodnia tzw. aferą Benalli – od nazwiska ochroniarza prezydenta Emmanuela Macrona.  News goni newsa. Co kilka godzin, wychodzą na jaw nowe fakty, nagrania, przesłuchania…  Prasa mówi o „skandalu stanu”, a opozycja ustami radykała Jean-Luca Mélenchona woła, że mamy do czynienia z aferą Watergate à la française. I żąda głowy ministra spraw wewnętrznych Gerarda Collomba.

Streszczę możliwie najkrócej to, co wiemy w tej chwili:

Afera wybuchła, gdy dziennik „Le Monde” ujawnił nagranie z paryskiej manifestacji pierwszomajowej. Rozpoznano na nim w policyjnym kasku Alexandre’a Benallę, (byłego już) szefa ochrony prezydenta, bijącego i ciągnącego po ziemi parę młodych manifestantów.  W tej pełnej brutalnej akcji towarzyszył mu Vincent Crase, inny współpracownik rządzącej partii Macrona La Republique en Marche! (Republiko naprzód!).  

Okazało się, że Benalla, zwany teraz prezydenckim „kowbojem”, uzyskał zgodę na przebranie się za policjanta w roli „obserwatora”.  W trakcie manifestacji zachowywał się jednak bardzo agresywnie wobec osób, które, jak widać na nagraniu, nie prowokowały funkcjonariuszy.

Z dziennikarskiego śledztwa wynika, że służby prezydenta  wiedziały o nadużyciach Benalli już 2 maja, jednak nie powiadomiły organów ścigania. A Benalla, po tych wydarzeniach,  został zawieszony w swych obowiązkach… na 15 dni. I w jeszcze kilka dni temu widziano go w szeregach ochrony, gdy towarzyszył w autobusie francuskim piłkarzom – mistrzami świata wracającym do kraju.

Od momentu ujawnienia afery 18 lipca ruszyła machina sądowo-parlamentarna. W piątek Benalla został pozbawiony stanowiska przez Pałac Elizejski. Na żądanie prokuratury pięć osób: Benalla, Crase i trzech ich wspólników-policjantów umieszczono pod nadzorem sądowym. Benallę oskarżono formalnie o „użycie przemocy” i uzurpowanie sobie kompetencji policjanta.

Bez zwłoki powołano też komisję parlamentarną mającą wyjaśnić nadużycie władzy przez współpracownika Macrona. Parlament przesłuchał w trybie pilnym ministra spraw wewnętrznych Gerarda Collomba i szefa gabinetu prezydenta. Z powodu afery zawieszono natychmiast zasadniczą pracę nad reformą konstytucji.

Wreszcie – po prawie tygodnia od ujawnienia afery – odezwał się we wtorek sam Macron. Powiedział, że tylko on sam odpowiada za wszystko, co się zdarzyło. „Jeśli (opozycja i media? – przyp. mój) chcą odpowiedzialnego, to stoi on przed wami. Niech przyjdą po mnie. Odpowiadam przed narodem francuskim” – powiedział Macron przemawiając do członków swojej partii.

W Polsce pojawiły się już w internecie komentarze:  u nas policja bije manifestantów przed Sejmem, ale na Zachodzie – „spójrzcie tylko na Francję!” – jest dużo gorzej.

To nieprawda. Nikt nie wątpi, że we Francji doszło do ciężkiego nadużycia władzy w otoczeniu głowy państwa. Faworyt prezydenta bijący manifestantów w przebraniu policjanta – to groteskowy skandal.

Z drugiej jednak strony – i to rzecz zasadnicza, różniąca tę aferę od wydarzeń polskich  – niezależne instytucje we Francji od razu zareagowały na przemoc policji. Po publikacjach mediów od razu zwolniono Benallę i wszczęto postępowania wobec niego oraz oskarżonych policjantów. Wiele wskazuje na to, że sprawa może kosztować stanowisko szefa MSW, bo prezydent we francuskiej konstytucji jest właściwie nietykalny  – nie ma tu odpowiednika amerykańskiej procedury „impeachmentu”.

Zwolennicy wolnych sądów w Polsce mogą wciąż liczyć na wolne media.  Ale czy polski wymiar sprawiedliwości  stanie po stronie wolności manifestowania?  Jak na razie, to manifestanci sprzed Sejmu, w tym ciężko poturbowany przez policję Dawid Winiarski, muszą się bronić przed zarzutem „naruszenia nietykalności cielesnej” funkcjonariuszy.  Porównywanie przemocy policyjnej we Francji i w Polsce bardzo w tym przypadku kuleje. A co będzie wtedy, gdy obecna ustawa wejdzie w życie i sądy w Polsce zostaną całkowicie podporządkowane władzy?

Wolność, równość, demolka (z futbolem w tle)

Dwa święta, dzień po dniu. Oba ze swojej natury radosne, ale każde z nich na swój sposób zatrute, splamione.

14 lipca spacerowałem po promenadzie Anglików w Nicei. Dokładnie dwa lata po tym, jak w czasie narodowego święta ciężarówka prowadzona przez islamskiego terrorystę wjechała w rozbawiony tłum i zabiła 86 osób, a ponad 450 osób zraniła.

W rocznicę zburzenia Bastylii w całej Francji strzelają fajerwerki, a pod gołym niebem czy w strażackich remizach (tak, tak!) odbywają się tradycyjne bale.

Ale w Nicei od zamachu 14 lipca 2016 roku święto wolności, równości i braterstwa ma na poły żałobny charakter. Także w tym roku nicejskie władze zrezygnowały z fajerwerków. Zorganizowały za to w plenerze – na placu w sporej odległości od promenady Anglików – koncert symfoniczny. Na jego zakończenie, aby uczcić ofiary zamachu,  przy dźwiękach muzyki klasycznej wypuszczono w górę 86 balonów i tyleż lampionów.  Wpatrując się w niebo migoczące światełkami trudno było nie popaść w zadumę.

Sam wieczór pozostawił jednak mieszane uczucia. Koncert zorganizowano za wysokim, wzniesionym na tę okazję, murem, a śledzić go na żywo mogli tylko ci, niezbyt liczni, którzy odebrali wcześniej stosowne zaproszenia.  Pozostali mieszkańcy i turyści mogli oglądać koncert tylko na umieszczonym na zewnątrz telebimie. Całą dzielnicę obstawiły szczelnie legiony żandarmów i policji. Poczułem się trochę – czy tylko ja? – jak byśmy urządzili sobie wielkie święto wolności w więzieniu.

Na pierwszy rzut oka, inna, prawie beztroska atmosfera, panowała na oddalonej kilkaset metrów promenadzie Anglików.  Tłumy zagranicznych turystów, kuszące światła klubów i restauracji, skoczna muzyka na żywo. I tylko co jakiś czas dostrzec można było, że tędy przeszła śmierć: wyryte na chodniku nazwiska ofiar zamachu z 2016 roku czy zdjęcie jednej z nich przyczepione do palmy rosnącej przy promenadzie…I jedno przejmujące graffiti na deptaku: „Miłość zawsze zwycięży”.

Dzień później wyjechałem z Nicei do Paryża, a zaraz potem do małego miasta Compiègne, 80 km od stolicy. Francja została mistrzem świata – i na kilka, czy kilkanaście godzin zupełnie oszalała. I to nawet na dość sennej zwykle prowincji. Po zwycięstwie w całym mieście klaksony ryczały aż do północy. Także stateczni mieszczanie z Compiègne wpadli w futbolowy a m o k (pardon, drodzy czytelnicy-kibice!). Poprzebierani w trójkolorowe peruki i koszulki, z potwornie hałaśliwymi piszczałkami zdobyli centrum miasta, krzycząc: „On est les champions!” (Jesteśmy mistrzami!). W tłumie przed ratuszem i pomnikiem Dziewicy Orleańskiej – Jeanne d’Arc – zmieszał się tłum wszelkiego pochodzenia, wyznań, kolorów skóry. Studenci, rodziny z dziećmi, nastolatki i sędziwi seniorzy. Powiewały niebiesko-biało-czerwone flagi, ale tu i ówdzie dostrzegłem także emblematy Kamerunu (z którego wywodzi się rodzina Kyliana Mbappe). Do zamieszek nie doszło, choć z lokalnego  „Le Courrier Picard” dowiedziałem się potem, że w trakcie meczu policja użyła gazu łzawiącego wobec tych kibiców, którzy z braku miejsc próbowali siłą przedrzeć się do strefy kibica.

O tym, co się działo w tym samym czasie w Paryżu na Polach Elizejskich wszyscy wiedzą. Wyległo na ulicę kilkaset tysięcy ludzi. W atmosferze braterstwa i narodowej jedności. Spragnionych – jak napisał dziennik „Liberation” – zbiorowej terapii. W tym tłumie były także, niestety, grupy chuliganów, które korzystając z sytuacji zdemolowały restauracje i sklepy. Nie tylko w stolicy: także w Lyonie, Marsylii i innych miastach. Bilans niedzielnej nocy: 45 policjantów zostało rannych, 260 osób zatrzymano pod zarzutem napaści, rabunków lub zniszczeń.

Warto zauważyć, że wandalizm (zwłaszcza w postaci puszczania z dymem samochodów) w czasie świąt 14 lipca i Nowego Roku nie jest we Francji czymś nowym.  Jak twierdzą socjolodzy, to już rytuał, sposób sfrustrowanej młodzieży na pokazanie:  oto jesteśmy, istniejemy, zobaczcie nas! Przede wszystkim na imigranckich blokowiskach, gdzie wysokie bezrobocie i przestępczość łączą się z problemem integracji młodzieży pochodzącej z krajów Maghrebu i Subsaharyjskiej Afryki. Także w tym roku (dane francuskiego MSW) tylko w weekend 13 i 14 lipca spalono 845 samochodów; rok temu było ich jeszcze więcej – 897.

Tylko że w tym roku do tej  rytualnej demolki doszła jeszcze futbolowa gorączka. Żeby nie powiedzieć złośliwie – nowe opium dla ludu… I efekty są porażające.

Efekt piłkarskiego odurzenia trwał krótko, nie więcej niż dobę – aż do momentu, gdy przybyli do Francji piłkarscy czempioni. Także miasto Compiegne, już w pomundialowy poniedziałek, zapadło w zwykły sobie letarg…

Kiedy już euforia mamy za sobą, pozostało pytanie: czy potrafimy być jeszcze r a z e m  w jakiejkolwiek sprawie? Być solidarni – choćby w pomaganiu słabszym, pokrzywdzonym, niepełnosprawnym? Skoro nawet wtedy, gdy radujemy się z triumfu n a s z y c h, kończy się to bratobójczymi burdami?

Mamadou, niechciany statek i granice cynizmu

W minionym tygodniu nad Sekwaną powracało jedno pytanie: czy Francja, szczycąca się bronieniem praw człowieka na świecie, powinna była przyjąć imigrantów z „Aquariusa”?  I jak to jest właściwie z tą francuską gościnnością i otwartością na Innych?

Cofnijmy się najpierw o trzy tygodnie. Wtedy na ustach całej Francji był jeden człowiek:  Mamadou Gassama, 22-letni Malijczyk. W brawurowy sposób, wspinając się po fasadzie budynku, uratował zagrożone upadkiem z z balkonu na czwartym piętrze dziecko.  Akcję ratunkową sfilmował jeden ze świadków, dzięki czemu zobaczyło ją miliony ludzi w internecie.

Okazało się, że dzielny Malijczyk okrzyknięty „Spidermanem” przebywa we Francji nielegalnie.  Zaraz po wyczynie tysiące Francuzów w petycjach zażądało jego naturalizacji. I z dnia na dzień Gassama dostał zaproszenie od prezydenta Emmanuela Macrona. Ten obiecał mu od razu obywatelstwo francuskie, a także – pracę w straży pożarnej.

Reakcja społeczna była wyjątkowa zgodna:  nawet szefowa skrajnej prawicy Marine Le Pen oświadczyła, że młodzieniec z Afryki zasłużył na obywatelstwo. Tyle że nie omieszkała dodać, że „równocześnie” z nagradzaniem bohaterów wszyscy obcokrajowcy, którzy popełnili we Francji jakiekolwiek przestępstwo, powinni być z niej bezzwłocznie wydalani.

Zaraz po wyczynie Malijczyka portal wyborcza.pl zatytułował swój artykuł: „Paryski Spider-Man bardzo zmienia swoje życie i trochę zmienia spojrzenie Francuzów na imigrantów”.  Pierwsza część zdania jest niewątpliwie prawdziwa,  druga – mocno wątpliwa. Podział społeczny w kwestii przyjmowania migrantów jest we Francji, jak i wszędzie indziej, wyraźny. Jeden, nawet najbardziej spektakularny przypadek bohaterstwa, raczej tego nie zmieni.  Zacytowane wyżej zdanie madame Le Pen pokazuje przecież, jak różne wnioski co do kierunku polityki imigracyjnej można wyciągać z heroicznego czynu Malijczyka.

Nawet jeśli tysiące Francuzów i niezliczone stowarzyszenia pomagają imigrantom, to nie brak wśród ich rodaków zwolenników zatrzaśnięcia drzwi przed nowymi przybyszami.  W tej kwestii toczy się konflikt wewnątrz społeczeństwa francuskiego, czasem przybierający postać francusko-francuskiej wojenki.

Najświeższy przykład to sprawa odysei statku „Aquarius” z blisko 630 migrantami uratowanymi z Morza Śródziemnego.  Przez tydzień jednostka, czarterowana przez francuską organizację pozarządową, błąkała się w pobliżu europejskich wybrzeży. Nie chciały jej przyjąć ani Włochy, ani Malta. Francja – choć „Aquarius”  przepływał tuż obok brzegów francuskiej Korsyki, a jej lokalne władze zadeklarowały gościnę – najpierw nabrała wody w usta, a potem – ustami prezydenta Macrona – zarzuciła cynizm … Włochom.

Te ostatnie zrewanżowały się Francuzom oskarżeniem o cyniczną grę, zanim wreszcie doszło do rozmów Paryż-Rzym na najwyższym szczeblu. W obliczu gorszących sporów w unijnej rodzinie na wysokości zadania stanęła Hiszpania – i ostatecznie to w Walencji „Aquarius” znalazł schronienie (szczegóły sprawy opisuje w najnowszym „Tygodniku” Marcin Żyła: https://www.tygodnikpowszechny.pl/hiszpanie-ratuja-migrantow-153470).

Wracając jednak do początku:  jak afera niechcianego przez Europę, także przez Francję, statku ma się do historii Mamadou, podjętego z honorami w Pałacu Elizejskim?

W mojej opinii, szybka reakcja na bohaterski czyn świadczy o zręczności komunikacyjnej (czy, jak kto woli, PR-owej) Macrona.  Ale fasada nie powinna przykrywać wnętrza, o którym przypomina sprawa Aquariusa. Tu mamy do czynienia z kalkulacją polityczną. Organizacje pozarządowe twierdzą, że prezydentowi w kwestii imigracji zabrakło odwagi przeciwstawienia się opinii społecznej.  Zamiast tego wolał dać lekcje moralności włoskim sąsiadom. A z sondażu przeprowadzonego nad Sekwaną przez ośrodek OpinionWay wynika, że 56% Francuzów było przeciwnych przyjęciu „Aquariusa” przez ich kraj, a 42% – za.

Działania francuskiego prezydenta uchodzącego za liberała zmierzają najwyraźniej do zaostrzenia polityki imigracyjnej, o czym świadczy debatowana obecnie w Senacie nowa ustawa w tej kwestii. Przeczy ona pięknym słowom i gestom Macrona, z których tak słynie za granicami swojego kraju). Przy okazji Aquariusa głowa państwa pokazuje inne oblicze. Oblicze zimnego politycznego gracza, który liczy na poparcie rzeszy swoich rodaków, którzy głosowali w drugiej turze wyborów w 2017 roku na Marine Le Pen (dostała ona wtedy 35% głosów).

Smutna  historia „Aquariusa” niesie w sobie światełko nadziei. Choć Francja zamknęła swoje porty dla statku, to być może część jego pasażerów trafi jednak nad Sekwanę. Paryż ogłosił, że jest gotowy ugościć u siebie tych imigrantów ze statku, którzy zgłoszą taką chęć i spełniają francuskie warunki ubiegania się o azyl. Jak donosi radio RFI, do Walencji ma pojechać francuska misja w celu zbadania sytuacji prawnej imigrantów.

Pocieszmy się więc, że solidarność europejska, choćby w szczątkowej formie, nie umarła. A cynizm polityczny ma swoje granice.

Ps.  Nadrabiam tu po części blogowe zaległości wywołane najpierw podróżą na południe Francji, a potem – turbulencjami zdrowotnymi. A dzieje się ostatnio bardzo dużo –  by ograniczyć się tylko do tematyki podejmowanej na tym blogu – imigracji, integracji i wielokulturowości we francuskim wydaniu.  Ciąg dalszy więc szybko nastąpi.

Skazani na bla bla (car)

W chwili kiedy piszę te słowa, przez całą Francję przechodzi potężna fala strajków kolejarzy. Związkowcy postanowili przerywać pracę co pięć dni na dwie doby – i zapowiadają, że protest w tej postaci będzie trwał do końca czerwca. Powodem jest planowana przez prezydenta Macrona generalna reforma statusu pracowników budżetówki, w tym kolejarzy. Mówiąc prościej: nowe przepisy otwierają drogę do łatwiejszych niż dotąd zwolnień w tym sektorze.

Zmuszeni strajkami Francuzi masowo przesiadają się z pociągów na BlaBlacar, czyli wybierają wspólne przejazdy prywatnymi samochodami. I tak oto – podaje dziennik ekonomiczny „Les Echos” – od początku kwietnia, gdy stanęły pociągi, wielka platforma wspólnych przejazdów (stworzona we Francji w 2006 roku) zanotowała sześciokrotnie większy popyt. A regularnych przejazdów na trasie dom-praca-dom poszukuje … dziesięć razy więcej osób niż zwykle.

Powiem szczerze, że ten strajk niespecjalnie mnie martwi. Często pokonuję trasę Compiègne-Paryż (około 80 km) BlaBlaCarem jako pasażer. W sumie jeździłem tym środkiem lokomocji co najmniej 20 razy. I uważam, że nie ma lepszej – oprócz autostopu – okazji do poznawania ludzi i do zajmujących konwersacji.

Żałuję tylko, że nie zapisuję od razu wielu rozmów, przez co giną gdzieś w zakamarkach niepamięci. Ale niektóre i tak zostają długo w głowie.

Jak ostatni powrót z Paryża w samochodzie mieszkającego w mieście Arras Mohammeda,  wylewnego studenta rodem z Algierii, jego irackiej wybranki oraz drugiej francuskiej współpasażerki. Kierowca był niebywale rozmowny. Opowiadał i o swojej rodzinie osiadłej w Paryżu, i o ojczystym kraju, arabskich przysmakach, a wszystko przeplatał zachwytami nad widokiem mijanych pól rzepakowych (sic!) i lasów Pikardii. „O, dziękuję Ci za tę drogę!” – mruczał pod nosem z wdzięcznością, patrząc na leżący przed nim GPS.  Zauroczony krajobrazami, narzekał jednak przy tym na chłód, zarozumiałość i wyrachowanie Francuzów. „W Paryżu jak ktoś Ci odpowie „bonjour”, to będzie chciał za to 5 euro” –  biadał przy dźwiękach lecącej z głośnika muzyce saharyjskich Tuaregów.

Słuchając go, zastanawiałem się nad stereotypowym obrazem Francuzów: niedostępnych, zadzierających nosa, lodowato uprzejmych. Czyżby mój algierski kierowca miał rację?

Jeśli nawet jest w tym nieco prawdy, to właśnie z siedzenia BlaBlaCara dostrzec łatwiej można inną Francję – ciekawą świata, mówiącą wieloma językami, otwartą, życzliwą… A także wielokulturową, przyciągającą ludzi z różnych zakątków globu.  Cały ten mikroświat miesza się w samochodzie i gawędzi razem, mknąc przed siebie autostradą…

Pamiętam, jak pewnego razu pojechałem do Clermont Ferrand, a towarzyszka podróży (czyli współpasażerka z tylnego siedzenia), z którą miło się gawędziło, zaproponowała mi … że jej mama  podwiezie mnie aż do celu mojej wyprawy – małego miasteczka w Masywie Centralnym. Ta niespodziewana oferta zaoszczędziła mi „tłuczenia” się wiele kilometrów miejscowym autobusem. Wiele razy byłem też świadkiem, że francuscy kierowcy nadrabiali drogi, aby wysadzić pasażerów BlaBlaCara jak najbliżej miejsca przeznaczenia.

Dlaczego o tym wszystkim piszę? W końcu nic w tym nadzwyczajnego… Czy to we Francji, czy w Polsce czy gdziekolwiek indziej są i będą ludzie złaknieni rozmowy, prawdziwego kontaktu, pokonujący kulturowe bariery.

Co jednak sprawia, że rozparci w wygodnym intercity czy TGV i wpatrzeni hipnotycznym wzrokiem w swoje ekrany uciekamy od  kontaktu ze współpasażerami? I że właśnie ściśnięci we wspólnym samochodzie z nieznajomym odważymy się przełamać lody? Z tego punktu widzenia strajk kolejarzy nie jest taki zły, jakim się wydaje… Co piszę też ku pokrzepieniu serc milionów pasażerów tkwiących gdzieś rano w korkach przy wjeździe do francuskich miast.

Ps.  A propos korków, to z BlaBlaCarem mam tylko jedno niemiłe wspomnienie. W ubiegłym roku powrót autostradą z sierpniowych wakacji w Masywie Centralnym dłużył się niemiłosiernie. Tasiemcowe korki, męczący upał. Ostatni dzień sierpnia. Jak to we Francji, gdzie w drugi miesiąc wakacji wszyscy gremialnie  ruszają na urlopy i korzystają z niego do ostatniej chwili. – Jacy oni głupi, dlaczego nie mogli wrócić wcześniej – pieklił się nasz szofer na innych nieszczęsnych kierowców. I wcale nie przeszkadzało mu to, że sam należy do potępianej przez siebie kategorii.

My, pasażerowie, byliśmy zmęczeni i zbyt głodni, żeby kontynuować beztroskie „bla bla…” Pod koniec podróży zapanowało kłopotliwe milczenie. Do Paryża dotarliśmy już prawie w nocy, z wielogodzinnym opóźnieniem. Od tej pory przyrzekłem sobie, że nigdy już nie będę wracał z wakacji we Francji 31 sierpnia. Przed czym i Was, Drodzy Czytelnicy, szczerze przestrzegam.

Ofiara kontra dżihad

Rzadko się zdarza, by przy okazji tragedii mówiono tak dużo o bohaterstwie ofiary. Tak jak w przypadku zamachu, do którego doszło w miniony piątek w supermarkecie koło Carcassonne na południu Francji.  Islamski terrorysta zabił cztery osoby.  Na ustach całej Francji jest dziś przede wszystkim jedna ofiara: chodzi o podpułkownika żandarmerii 45-letniego Arnauda Beltrame’a. Prezydent Macron nazwał go „bohaterem” i ogłosił, że pogrzeb żandarma odbędzie się w obecności najwyższych władz państwa.

Słowo ofiara ma tutaj sens podwójny. W tej sytuacji określa nie tylko osobę, która zginęła z rąk terrorysty, ale także – sam fakt dobrowolnego poświęcenia życia. Przypomnijmy, że 26-letni zamachowiec, Francuz marokańskiego pochodzenia, powołujący się na Daesh, wtargnął z bronią do sklepu i wziął zakładników. Wtedy właśnie Beltrame uwolnił jedną z więzionych kobiet, w zamian za nią oddając się w ręce terrorysty. Kosztowało go to życie. Ale wcześniej, zachowując zimną krew, zabrał ze sobą do supermarketu włączoną komórkę. Dzięki temu antyterroryści przed budynkiem usłyszeli odgłosy strzałów w budynku i w efekcie mogli szturmem uwolnić zakładników.

Młody dżihadysta z Trèbes miał ze sobą ładunki wybuchowe. Gdyby nie bohaterski podpułkownik, w sklepie mogło dojść do prawdziwej rzezi.

Jak zwykle po zamachu wybuchła dyskusja o domniemanych błędach organów ścigania. Jak to się stało, że zamachowiec, który od czterech lat policji widniał w dossier policyjnym jako zagrażający państwu (w tzw. kartotece „S” – od franc. „securité”), wymknął się nadzorowi służb? A nie jest to pierwszy w ostatnich trzech latach zamach przeprowadzony przez notowanego w „S” dżihadystę. Specjaliści tłumaczą, że takich osób, uznanych w aktach za „potencjalnie” niebezpieczne,  jest we Francji kilkanaście tysięcy – nie można więc ich wszystkich kontrolować przez całą dobę.

Zażartych krytyków ten argument pewnie nie przekona. Ale może przemówi do nich przykład Arnauda Beltrame’a? Pokazuje on, że, tak często krytykowana policja czy żandarmeria z ogromnym oddaniem chronią życie ludzi, o wiele bardziej niż nakazują to wewnętrzne przepisy.

Odważny podpułkownik Beltrame był bardzo skromnym człowiekiem.  O jego życiu niewiele wiemy, mało o nim mówił.  Należał do elitarnych jednostek żandarmerii, a w czasie swej kariery służył także w czasie wojny w Iraku w 2005 r. Francuskie katolickie czasopismo „La Vie” podaje, że jako dorosły człowiek nawrócił się na katolicyzm. Chodził na msze święte, choć zawsze trzymał się w bocznej nawie, jakby onieśmielony.

Po wzięciu ślubu cywilnego przygotowywał się do małżeństwa religijnego… Tragiczna śmierć pokrzyżowała ten plan.

Życie duchowe bohatera kryje też pewną zagadkę. Po śmierci Beltrame’a ukazał się pośmiertny hołd Philippe’a Charuela, szefa Wielkiej Loży Francji, w którym twierdzi on, że zmarły tragicznie żandarm dziesięć lat przed śmiercią wstąpił do loży wolnomularzy. Był więc Beltrame jednocześnie katolikiem i masonem? Nie można tego wykluczyć (choć przytoczony wielki mistrz nie przedstawił na to dowodów). Loża ta uznaje bowiem istnienie „Wielkiego Architekta Wszechświata” – choć nie nazywa go Bogiem – a do swoich wartości zalicza, wg Charuela, „gotowość do oddania ostatniej kropli krwi za Republikę i Ojczyznę”.

Heroiczna ofiara podpułkownika przejdzie do historii. Swoją ofiarą przeciwstawił się chorobie nienawiści niesionej przez „dżihad”. I mniejsza o to, czy widzimy w tym niezwykłym geście chrześcijańską miłość bliźniego czy ogólnoludzkie braterstwo o wolnomularskich korzeniach.

Chichot łotrów, zemsta sprawiedliwych

Obecny przebój francuskich kin: „Do zobaczenia w zaświatach” demaskuje zjawiska bardzo aktualne także w Polsce: absurdalną „pomnikomanię”, szubrawców strojących się w szaty bohaterów, polityczne manipulacje historią…  Czasem trudno uwierzyć, że wszystko to dzieje się w okresie międzywojennym, a nie współcześnie.

Długo po premierze obejrzałem w Paryżu ekranizację powieści Pierre’a Lemaitre’a, którą od jesieni zobaczyło co najmniej 2 mln Francuzów. A ten wynik jeszcze się poprawi, bo film nie schodzi wciąż z ekranów.

Muszę przyznać, że, znając i ceniąc pierwowzór,  bałem się rozczarowania. Moje obawy prysły po pierwszych kadrach.

Tragikomiczny film Alberta Dupontela to porywająca, świetnie sfilmowana opowieść. Jest dość wierną adaptacją noszącej identyczny tytuł książki, przetłumaczonej na polski: „Do zobaczenia w zaświatach” („Au revoir la-haut”). W paru punktach odbiega jednak od powieści; przede wszystkim ma nieco inne – mniej pesymistycznie niż książka –  zakończenie.

Film płynnie przechodzi od obrazów epickich do lirycznych i groteskowych. Nad dramatycznymi losami dwójki weteranów Wielkiej Wojny, czy też I wojny światowej, unosi się niekiedy duch Szwejka i Chaplina.

Jak w jednej ze scen filmu, gdy słyszymy głos na scenie: „Za wywołanie wojny, za ukochanie mamony, za malwersacje – jesteście wszyscy skazani na śmierć”. Przed kamerą defilują marionetki władców Europy, polityków i francuskiej generalicji, a potem rozlega się huk i podobizny padają jedna po drugiej. Zastrzelone… korkami otwieranych szampanów.

Najbardziej urzekła mnie w filmie historia, zrodzonej w wojennych okopach, przyjaźni: byłego księgowego Alberta i nadwrażliwego artysty, Edouarda. Przyjaźni niemożliwej i przekraczającej granice. Także granice prawa – co w końcu doprowadzi obu bohaterów do pomysłu wielkiego oszustwa … Tu postawię kropkę, by nie zdradzać zbytnio fabuły.

Jeśli piszę na tym blogu o filmie, to także dlatego, że wpisuje się on w dzielące dziś Polaków emocje polityczno-historyczne. Zaraz po zakończeniu I wojny św. w całej Francji zaczęto wznosić pomniki (stoją dziś w każdej, czy prawie każdej gminie) upamiętniające poległych.  Na te monumenty, niekiedy kiczowate, wydawano krocie, podczas gdy wielu kombatantów i inwalidów wojennych klepało skrajną biedę… To także tło głównej intrygi opowieści.

Pomnikomania i natrętna propaganda czynu militarnego – to jedno. Co gorsza jednak, przestępcy wojenni (jak filmowy fikcyjny porucznik Pradelle) nie tylko chodzili w glorii herosów, ale i dokonywali malwersacji związanych z budowaniem nekropolii wojskowych. A wszystko z poparciem skorumpowanej klasy politycznej, która przymykała na występki możnych oczy. Czciła mityczny Naród, a spychała na margines żyjących prawdziwych kombatantów. Coś to Państwu przypomina?

Zazdroszczę Francuzom odwagi, a może i nonszalancji w mierzeniu się z własną historią (choć i oni mają swoje tematy tabu, a ostatnio widać nad Sekwaną znowu próby rehabilitacji ciemnych kart, takich np. jak reżim Vichy …). Nonszalancji, której przykłady możemy odnaleźć i w polskim kinie począwszy od „Zezowatego szczęścia” Munka po „Rewers” Lankosza.

Jak wiadomo (i co widać najlepiej w dzisiejszej Polsce), historię piszą zwycięzcy. Pozostaje wierzyć w to, że manipulację polityków wykryją wcześniej czy później dociekliwi historycy. A także pisarze i filmowcy,  docierający do szerszego kręgu odbiorców niż szperający w archiwach badacze…

A poza tym mam nadzieję, że film Dupontela znajdzie polskiego dystrybutora. I że zainspiruje naszych filmowców do przecierania ścieżek dla kina historycznego, dalekiego od tandetnego lukrowania przeszłości.

Ps. Jest to mój pierwszy wpis po dłuższej przerwie spowodowanej moją przeprowadzką do Francji. Teraz blog zmieni teraz formułę. Posty będą zwykle krótsze niż do tej pory, a zarazem – mam nadzieję – dużo częstsze. Miłej lektury!

 

 

 

 

 

 

Szopka sądowa

Co mają sądy do szopek bożonarodzeniowych? Otóż mają – i to sporo. Nie w Polsce wprawdzie, tylko we Francji. Od lat do sądów nad Sekwaną trafiają liczne pozwy od obrońców laickości, którzy domagają się usunięcia betlejemskich stajenek z publicznych budynków i placów.

W licznych miastach francuskich szopki bożonarodzeniowe są częścią lokalnej tradycji, jak choćby w Prowansji czy Wandei. Umieszcza się je nie tylko w kościołach, ale w budynkach ratuszy lub na miejskich ulicach i skwerach.  Jednak nad Sekwaną praktykujący chrześcijanie są de facto w mniejszości („coniedzielni” katolicy stanowią zaledwie 5 proc. społeczeństwa).  Stąd coraz częściej szopki natrafiają na opór ze strony wojujących wolnomyślicieli. Nierzadko sprawy kończą się w sądzie, o czym donosi regularnie przed Bożym Narodzeniem francuska prasa.

W obliczu lawiny spraw Rada Stanu, najwyższy organ sądownictwa administracyjnego, postanowiła uciąć spory. Odróżniła wyraźnie dwie sytuacje – pierwszą, gdy szopka znajduje się w otwartej przestrzeni – na ulicy czy na skwerze, oraz drugą, gdy umieszczono ją wewnątrz publicznego budynku. W pierwszym wypadku sędziowie uznają ją w zasadzie za legalną (z wyjątkiem sytuacji, gdy noszą znamiona chęci „nawracania” niewiernych), w drugim – w zasadzie za nielegalną, chyba że stajenka bożonarodzeniowa „ma charakter kulturalny, artystyczny lub świąteczny i nie jest przejawem wyróżniania danego wyznania ani wyrażania preferencji religijnych”.

Co konkretnie oznacza ten charakter „kulturalny, artystyczny lub świąteczny”?  Trudno precyzyjnie określić.  Jednym z kryteriów jest to – według Rady – że szopka jest elementem lokalnego zwyczaju i że „wtapia się” w świąteczny wystrój, razem z innymi elementami, np. choinką czy Père Noel (francuskim św. Mikołajem). Jeśli te warunki nie zachodzą, to, zdaniem sędziów, stajenka może stanowić narzędzie „prozelityzmu”  i tym samym jest sprzeczna z rozdziałem wyznań od państwa.

Werdykt Rady Stanu werdyktem, ale spór o szopki trwa w najlepsze. I w dodatku nabrał  już wymiaru politycznego – stał się sporem między obrońcami francuskiej tożsamości a zwolennikami rygorystycznie pojmowanej laickości państwa.

Najświeższy przykład: w Béziers na południu kraju (Oksytania) w miniony poniedziałek sąd nakazał merowi miasta, Robertowi Ménard rozebranie „w ciągu 48 godzin” szopki bożonarodzeniowej ustawionej w holu ratusza.  Merowi groziła kara grzywny w wysokości 2 tys. euro za każdy dzień zwłoki.  O demontaż szopki wniósł lokalny prefekt, a więc przedstawiciel  liberalnych władz centralnych.

Według decyzji sądu administracyjnego w Montpellier, cytowanej przez agencję AFP,  szopka w urzędowym gmachu narusza zasadę świeckości francuskiego państwa. Ménard zastosował się do wyroku, ale jednocześnie natychmiast przeniósł szopkę zaledwie o … 30 metrów, do innego budynku municypalnego.  Zapowiada, że złoży apelację od werdyktu i nie zamierza się poddać. „Jeśli oni („prefekt i sąd” – dopisek SZŁ) kpią sobie z ludzi, to my też sobie z nich zakpimy” – skomentował to Ménard, zbliżony do skrajnie prawicowego Frontu Narodowego.

Warto dodać, że  „szopka” z szopką trwa w Beziers nie od dziś. W 2014 roku sąd najpierw zakazał instalacji stajenki w 2014 roku w holu merostwa, ale zgodził się na nią w 2015 i 2016 roku. Skąd te zmiany decyzji? Bo w ostatnich dwóch latach mer używał różnych wybiegów, aby uniknąć zarzutów o złamanie laickości: ustawił szopkę w typowo świątecznym otoczeniu, czyli tuż obok choinki i skrzynki z listami do św. Mikołaja. Teraz jednak znowu zagrał w otwarte karty.

Co roku są we Francji dziesiątki podobnych przypadków procesów sądowych o szopki. Brzmi to z polskiej perspektywy groteskowo.  Można zapytać: to już naprawdę sądy nie mają ważniejszych spraw niż walka ze żłobkami bożonarodzeniowymi? I czy naprawdę ich obecność stanowi zagrożenie dla laickiego charakteru państwa?

We Francji (o czym niedawno pisałem tu więcej przy okazji krzyża z bretońskiego Ploërmel) obowiązuje zakaz umieszczania symboli religijnych w budynkach administracji i szkołach  – tak krzyży, jak i symboli innych wyznań – np. islamu czy judaizmu. Zakaz ten uważam za słuszny, biorąc pod uwagę przywiązanie Francuzów do świeckości i wysoki poziom laicyzacji społeczeństwa.

Inaczej jest jednak z szopkami. Wyrosły z chrześcijaństwa, ale czy są dziś tylko i wyłącznie znakiem religijnym? Czy raczej wyrażają pewną tradycję, w której, oprócz religii, splatają się obyczaje, kultura i sztuka? Sądzę, że w grę wchodzi ta druga okoliczność. I wobec tego zawziętość obrońców świeckiego państwa walczących ze stajenką betlejemską wydaje mi się jałowa.

Tak samo zresztą jałowa – jak wykorzystywanie tradycji i symboli chrześcijańskich przez nacjonalistyczny Front Narodowy (choć w porównaniu z polską prawicą partia Marine Le Pen robi to bardzo nieśmiało – w końcu francuska laïcité zobowiązuje…)

Ciśnie się tu na usta: ciszej nad tą szopką! Pochylmy się nad nią w milczeniu, zawieśmy polityczne waśnie! Wesołych Świąt! Joyeux Noël!

Johnny, francuski paradoks

Wieść poraziła Francuzów jak grom z nieba. A potem przez kilka dni od Pirenejów po kanał La Manche krajem wstrząsały spazmy. Pożegnano absolutną ikonę, rodzimego rockmana wszech czasów, Elvisa à la française. W miniony weekend ceremonia żałobna w Paryżu  zgromadziła w okolicach Pól Elizejskich i kościoła La Madelaine mniej więcej milion ludzi.

Odszedł Johnny Hallyday. Dla wszystkich fanów – „Johnny”. We Francji i Belgii czczony jak muzyczny geniusz, poza krajami frankofońskimi – prawie nieznany.  Jak nikt inny zasługiwał na dziwne określenie, które nadaje się we Francji wielkim gwiazdom muzyki i kina: „monstre sacré” – czyli dosłownie „święta bestia” czy „święty potwór”. Francuzi wszystko mu wybaczyli – ekscesy na scenie i poza nią, ciągłe miłosne podboje, ucieczki do rajów podatkowych…

Przyznaję, że ani głos ani sceniczny image Hallydaya nigdy mnie nie pociągały. Estradowe wyczyny Johnny’ego wydają się z dzisiejszej perspektywy bladą kopią koncertów Presleya. A jednak… trudno mi przejść obojętnie wobec tego fenomenu popularności,  fenomenu bardziej może społecznego niż muzycznego. Stąd chciałbym dorzucić swoje trzy grosze – a przynajmniej choćby tylko amerykańskiego centa.

Prezydent Emmanuel Macron, żegnając piosenkarza, zmarłego 5 grudnia, napisał: „mamy wszyscy w sobie coś z Johnny’ego Hallydaya”. I zaraz potem dorzucił w swoim liście: „Wprowadził (Hallyday) część Ameryki do naszego narodowego Panteonu”.

Otóż to… Niebywała popularność francuskiego Elvisa w kraju słynącym z walki z anglosaską hegemonią kulturową? Jak to możliwe, żeby nad Sekwaną wielbiono piosenkarza z jankeskim przydomkiem, w młodości naśladowcę Presleya, wielbiciela harleyów, spędzającego dużą część roku w posiadłości w Los Angeles? A jakby tego było mało – człowieka, który w ostatnich latach został, według dziennika „Les Echos”, rezydentem podatkowym w USA? Sacrebleu!

„Belg o amerykańskim przydomku stał się francuskim pomnikiem” – napisał po jego śmierci „Liberation”. Ten francuski paradoks zasługuje na  poważne socjologiczne studia. Co do mnie,  nie znam w dziejach Francji drugiego rodzimego idola o tak amerykańskim obliczu jak Hallyday. Jego kult  pokazuje, że popkultura zza Oceanu uwodzi już od dekad francuskie masy – cokolwiek o tym mówią paryskie elity.

Jeszcze jedno. Dzień po sobotnim pogrzebie odwiedziłem kościół La Madelaine, gdzie odprawiono ostatnie pożegnanie piosenkarza w obecności trzech prezydentów z towarzyszkami (Macrona, Hollande’a i Sarkozy’ego) i niezliczonych gwiazd show-biznesu. Jeszcze w niedzielę na schodach świątyni składano świeże kwiaty, a w środku płonęły setki świec w hołdzie zmarłemu. A prawie pod każdą świecą – jak łatwo było podejrzeć – leżała karteczka z imieniem Johnny’ego i skierowanym do niego wyznaniem uczuć.

W zlaicyzowanym społeczeństwie, takim jak francuskie, święci mają się całkiem dobrze. Tyle że mało przypominają tych dawniejszych, chrześcijańskich. Nowi wybrańcy niebios rozbijają się harleyami, tatuują się na potęgę, a skromnością na ogół nie grzeszą.

Kult Johnnye’go jest faktem, był „papieżem francuskiego big beatu”, we Francji nazywanego „ye-ye”. Jednak we Francji, jak i w Polsce, nie wszyscy „płakali po papieżu”. Nieopodal bulwaru Voltaire, gdzie mieszka moja przyjaciółka, ujrzałem w tych dniach narodowej żałoby napis na witrynie bistra: „Strefa strzeżona! Tu nie ma piosenek Johnny’ego!”. Na szczęście dla właścicieli przybytku francuskie prawo nie karze za obrazę uczuć (para)religijnych.

„Wojująca laickość”, czyli mity wokół papieskiego pomnika

Możemy tylko się domyślać, o czym premier Beata Szydło będzie w czwartek rozmawiać w Paryżu z prezydentem Emmanuelem Macronem.  Pewnie o sprawach unijnych (zwłaszcza o gorącej wciąż sprawie pracowników delegowanych) i możliwym zakupie francuskiego uzbrojenia przez Polskę. Ale nie jest wykluczone, że w trakcie spotkania pojawi się także wątek „papieski”.

A dokładniej – konflikt wokół pomnika Jana Pawła II w Bretanii. Wszak  – przypomnę – to właśnie szefowa polskiego rządu w końcu października oświadczyła, że polski rząd „podejmie starania, by ocalić (bretoński) pomnik od ocenzurowania” i że zaproponuje przeniesienie go do Polski.

Sprawa ta wywołuje spore emocje –  chyba dużo większe w Polsce niż we Francji.  Szkoda, że nasi rodzimi politycy, zwłaszcza z PiS i bliskie im media, próbowali przy tej okazji upiec polityczną pieczeń i często wprowadzali w błąd opinię publiczną.

Stąd dorzucam swoje trzy grosze o tym, jak ta sprawa wygląda z francuskiej perspektywy.  A przy tej okazji prostuję pewne, jakże liczne niestety u nas, mity i przekłamania na ten temat.

  1. Nie będę streszczał całego sporu – skomentował go  także na łamach „Tygodnika Powszechnego” ks. Andrzej Draguła: https://www.tygodnikpowszechny.pl/krzyz-w-mrowisko-150735 . Zgodnie z decyzją Rady Stanu, najwyższego we Francji organu sądownictwa administracyjnego, lokalne władze mają usunąć w ciągu pół roku wysoki krzyż górujący nad monumentem polskiego papieża w bretońskiej miejscowości Ploërmel. Podkreślmy: krzyż „doczepiony” do pomnika (decyzją mera miasteczka), a nie sam pomnik papieża, którego legalności Rada nie kwestionuje. Uzasadnienie werdyktu:  ostentacyjny krzyż w miejscu publicznym jest sprzeczny z francuską zasadą rozdziału państwa od religii.
  2. Z  punktu widzenia litery francuskiego prawa Rada Stanu nie mogła właściwie postąpić inaczej. Albowiem od 1905 roku obowiązuje wciąż we Francji ustawa o rozdziale religii od państwa, która „zakazuje  wznoszenia znaków lub symboli religijnych w jakichkolwiek miejscach publicznych lub ich umieszczenia na budynkach publicznych”.  Wyjątkiem są – precyzuje prawo – budynki służące do kultu, cmentarze, nagrobki, muzea czy wystawy.A skwer gdzie stoi pomnik należy do samorządu.
  3. Ale tu istotne zastrzeżenie:  wspomniany zakaz nie obejmuje także obiektów zabytkowych – w tym starych przepięknych krzyży i kapliczek (tzw. calvaires), które można spotkać prawie wszędzie w tejże Bretanii, gdzie stoi wspomniany pomnik Jana Pawła II. Są one pod ochroną państwa i nikt nie zamierza ich usuwać, bo są częścią dziedzictwa kulturalnego! Nawet najzagorzalsi antyklerykałowie, których we Francji (jak i w Polsce) nie brakuje
  4. Inna uwaga: we francuskim prawie „publiczne” – znaczy należący do państwa lub samorządu. Dlatego  – jak tłumaczy np. w dzienniku „La Croix” wiceszef Rady Stanu Jean-Marc Sauvé – ten zakaz umieszczania symboli religijnych nie dotyczy we Francji terenów prywatnych ani kościelnych, gdzie można umieszczać dowolne symbole religijne, nawet widoczne  z daleka. I stąd – jak donosi prasa francuska – burmistrz Ploërmel  rozważa teraz możliwość wykupienia skweru pod pomnik przez miejscową diecezję lub prywatne stowarzyszenie katolików, co pozwoli uniknąć zdjęcia krzyża.  Bo lokalne władze zamiast toczyć ideowe spory (jak polscy i francuscy politycy, którzy rozdmuchali tę sprawę…) szukają konkretnego rozwiązania. I wygląda na to, że takie praktyczne wyjście z sytuacji znajdą.
  5. Nie jest prawdą – jak można mniemać z wpisów na polskich portalach internetowych  – że „wojujący francuski ateizm” walczy z obecnością polskiego papieża w przestrzeni publicznej. Dwa spektakularne przykłady: w najważniejszych miejscach francuskiego chrześcijaństwa – obok paryskiej katedry Notre Dame oraz pod słynną bazyliką Fourvière w Lyonie stanęły dwa wielkie pomniki Jana Pawła II.  Każdy może to sprawdzić odwiedzając te miasta! Co ciekawe, paryski pomnik jest n i e m a l  identyczny jak bretoński, bo zaprojektował go autor monumentu w Ploërmel – rosyjski artysta gruzińskiego pochodzenia Zurab Cereteli. Napisałem „niemal” – bo pomnik w Paryżu przedstawia tylko postać Karola Wojtyły, a nie jest wyposażony w wielki krzyż, jak jego bretoński „bliźniak”.  Dodanie wielkiego krzyża do monumentu, na koszt gminy, było własnym pomysłem mera miasteczka – i to właśnie spowodowało sądowy pozew lokalnych dwóch (sic!) francuskich wolnomyślicieli.  Gdyby nie oni, to może nikt by się tym krzyżem nie zainteresował. Ale sąd musiał się tym zająć i… Dura lex, sed lex.
  6. „Bezbożna i antychrześcijańska Francja”, „wojujący ateizm”, „walka z krzyżem”, „Francja jest martwa” –  te i inne podobne opinie można usłyszeć i przeczytać w różnych polskich komentarzach dotyczących sporu o bretoński pomnik.  Odróżnijmy dwie rzeczy:  zlaicyzowane społeczeństwo od  świeckości państwa. Najpierw o tym pierwszym. Według ankiet socjologicznych Francja jest jednym z krajów o największym odsetku „zdeklarowanych ateistów” na świecie (wg badania WIN/Gallup International z 2012 roku, zajmuje 4 miejsce za Chinami, Japonią i … Czechami) – określa się w ten sposób 29 proc. Francuzów (34 proc. jako  „niereligijni”, a 37 proc. jako „religijni”).  Praktykujący regularnie katolicy – to tylko 5 proc. społeczeństwa, ale –uwaga! – ponad 60 proc. Francuzów definiuje się jako „katolicy”, biorąc pod uwagę kryterium przynależności kulturowej.  Jednak ogólnie rzecz biorąc: dominuje niereligijna większość, co wpływa naturalnie na stosunek do obecności religii we wspólnej przestrzeni.
  7. Francja ma, to prawda, rygorystyczny na tle Europy rozdział religii (różnych wyznań, nie tylko katolicyzmu, ale np. islamu) od państwa.  W moim przekonaniu laickość idzie niekiedy zbyt daleko, czasem ociera się o absurd (jak w sprawie bretońskiej – tak dla pomniku papieża, nie – dla przyczepionego do niego krzyża). Bardzo daleko tu jednak do wojującego ateizmu. Co najistotniejsze – francuskie przepisy nie oznaczają dyskryminacji ludzi wierzących. Z własnych rozmów wiem, że wielu francuskich katolików  – także księży i biskupów! – akceptuje bez zastrzeżeń tę rygorystyczną świeckość państwa, a nawet ją chwali. W Polsce krzyże są w szkołach publicznych, urzędach czy na pocztach, we Francji – to niedopuszczalne. Ale  – zapytajmy się sami – czy z tego samego faktu wynika, że wiara katolicka w Polsce ma się znakomicie?
  8. I jeszcze jedno: zgłosili się już liczni Polacy, którzy chcą papieski monument z rąk „bezbożników” uratować i Papieża-rodaka powrócić na łono ojczyzny – Rzeszów, Kolbuszowa, Zakopane, powiat sochaczewski … No cóż, pomników papieskich ci u nas dostatek, ale i ten z ochotą przyjmiemy! Żarty żartami….ale, Drodzy Rodacy, broniący zażarcie polskiej suwerenności: czy nie warto zostawić rozwiązanie tej kwestii Francuzom, na których ziemi papieski pomnik stoi?  Nie obawiajcie się: nad Sekwaną Jan Paweł II ma także swoich zdecydowanych obrońców. Był przecież papieżem całego świata, a nie tylko Polakiem. Nie nadaje się na narodowy totem, służący niektórym do okładania po głowie „bezbożników”.

Głowa Lenina nad placem Bastylii

Ledwie minęło półwiecze śmierci Che Guevary, a już zbliża się setna rocznica Rewolucji Październikowej.  Pora więc, aby we „Wszystkich kolorach Marianny” pojawiła się czerwień.

Najpierw osobiste wspomnienie sprzed kilku tygodni.

Na paryskim placu Bastylii gromadzą się tłumy ludzi. Manifestacja przeciw reformie prawa pracy na wezwanie ultralewicowej Francji Niepokornej. Łopoczą czerwone sztandary i transparenty, przeważnie związku zawodowego CGT i różnych organizacji lewicowych. Studenci, osoby w średnim wieku, emeryci, rodziny z dziećmi – cały przekrój społeczny.

Obok mnie stoi grupka starszych osób – w ręku trzymają – nie, nie mylę się – flagi z sierpem i młotem. Przecieram ze zdumienia oczy … Czyżbym jakimś cudem przeniósł się nagle na plac Czerwony z minionej epoki?

Podchodzę bliżej.  Dostaję ulotkę podpisaną: „Platforma Odnowy Komunistycznej we Francji” ze sloganem: „1917-1967-2017: Walka rewolucyjna Lenina i Che nadal trwa!”.

Starsza zadbana Francuzka w czerwonej sukience wzdycha: – Ach, tak, jeździłam do Związku Radzieckiego, uwielbiałam ludzi. No, niestety, w pewnym momencie ten system przestał działać, coś się zepsuło…Żal.  Jej towarzysz, z wyglądu emeryt, zapala się, mówi po francusku z rosyjskim akcentem: – A jest Pan z Polski? Tak, w paru małych nacjonalistycznych, ksenofobicznych krajach Europy Wschodniej obalono pomniki Lenina. Ale w Kazachstanie, na przykład, to on wszędzie stoi. I stać będzie!

Obok na składanym stoliku leżą broszurki Lenina i Trockiego. Młodzi uśmiechnięci ludzie, na oko studenci. – Jesteście komunistami? – Oczywiście – odpowiada brodacz. – A słyszeliście o gułagach? O milionach ofiar komunizmu w ZSRR i na świecie? – No, proszę nas nie uczyć historii, chyba nie myśli pan, że sprzedawalibyśmy te książki, gdybyśmy tego nie wiedzieli – ripostuje spokojnie brodaty młodzieniec. I dorzuca:  – Tak, w ZSRR zbudowano obozy, ale to nie był prawdziwy komunizm, tylko jego wypaczenia. Prawdziwy komunizm dopiero nadejdzie…

Tyle wspomnień. Może ktoś powie: po co pisać o kilku postrzeleńcach z paryskiej manify.  Ależ wyznawcy idei komunistycznej nie są we Francji takim marginesem, jak się może wydawać!

Francuska Partia Komunistyczna (PCF) ma dziś w parlamencie 16 na 577 deputowanych .  Według danych z 2014 r., jej burmistrzowie rządzili jeszcze niedawno w 28 miastach średniej wielkości (powyżej 30 tys. mieszkańców).  Lider innej formacji skrajnie lewicowej – Francji Niepokornej (France Insoumise) pod wodzą Jean-Luca Mélenchona  zdobył w pierwszej turze wyborów prezydenckich  prawie 20 proc.  A oprócz niego wśród 11 kandydatów była dwójka należąca do formacji, powołujących się na  … trockizm.

Owładnięty obsesyjnym antyamerykanizmem Mélenchon wypowiada się ciepło i o Fidelu Castrze, i o Hugo Chavezie.

Co prawda ani Mélenchon, ani inni francuscy „antykapitaliści” nie wzywają  dziś ani do zbrojnej rewolucji ani do „dyktatury proletariatu”. Ale pamięć historyczna francuskiej skrajnej  lewicy jest  zabalsamowana niczym mumia wodza rewolucji.

Co prawda od lat 70. – gdy we Francji opublikowano „Archipelag Gułag”  Sołżenicyna – szeregi wyznawców leninizmu nad Sekwaną mocno stopniały. A światła utopii przemieściły się – jak o tym pisał historyk Francois Furet – z Rosji i Chin do Ameryki Łacińskiej.

Skoro o tym mowa: francuski dziennik „L’Humanite” opublikował niedawno dodatek z okazji 50-lecia śmierci Che Guevary. Pełno tam zachwytów nad ikoną rewolucji kubańskiej. I oburzenia wobec tych biografów, którzy widzą w nim fanatyka i przypominają, że przeprowadzał masowe egzekucje na swoich przeciwnikach lub towarzyszach boju podejrzewanych o zdradę.

Na tym nie koniec:  z okazji 50-lecia śmierci Che „L’Humanite” przygotowało dla swoich czytelników niespodziankę:  wyprawę na „Kubę – kraju  bohaterów”. Oprócz wielu innych atrakcji – np. Cienfuegos,  „perły Karaibów”  i  Viñales, „ziemi hawańskich cygar”, uczestników czeka gwóźdź programu – mauzoleum Che.

Łatwo się rozmarzyć, prawda?  Czujemy już woń cygar, słyszymy dźwięki salsy i widzimy oczami wyobraźni Che kroczącego na czele oddziału w promieniach zachodzącego słońca …  Jedno „ale” –  rewolucyjna pielgrzymka na Kubę kosztuje 3 tys. euro.

Że to wyprawa nie na kieszeń ubogiego prekariusza? Być może. Ale ideały ideałami, a francuscy  wyznawcy CHE-rwonej utopii żyć z czegoś muszą.